Po bardzo szybkim i przyjemnym Assassin’s Creed Mirage wróciłem do Valhalli. Widać, że Valhalla to zupełnie co innego. Valhalla to ostatni przedstawiciel długiej serii gier, gdzie liczył się czas rozgrywki, bo przecież więcej to lepiej. Zaczynam właśnie ostatni z dodatków i na liczniku mam około 300 godzin gry, czyli jakieś 200 za dużo.
Obiektywnie dobra gra
Assassin’s Creed Valhalla należy do nowej ery gier, którą zapoczątkowało Assassin’s Creed Origins. Nadal dzieją się w otwartym świecie, jednak dzielą już nowy interfejs i posiadają więcej elementów typowej gry RPG, razem ze zdobywaniem poziomów, dialogami, edycją wyposażenia i tym podobnymi elementami. Zachowują też to, co od dawna czyni Assassin’s Creeda Assassin’s Creedem. Zabójstwa, zakon, odwieczna walka “dobra” ze “złem”, masa mistycyzmu i synchronizacja wysoko położonych punktów mapy. Przy okazji Valhalla wygląda cudownie. Częściowo zawdzięcza to umiejscowieniu, a częściowo wciąż rozwijanemu małymi kroczkami silnikowi gry. Grecja i Egipt były też wizualnie mniej ekscytujące, gdy weźmiemy pod uwagę bujną zieleń Anglii i Irlandii. Nowe aktywne i pasywne umiejętności, drzewko rozwoju z setkami możliwych pozycji do odblokowania i dziesiątki wyposażenia do zebrania sprawiają, że zdecydowanie jest co robić. Gra też ukróciła dynamiczne zadania, które tak irytowały w Odyssey. Nadal jest jednak co robić i nie wiem, czy to dobrze.
Kopiuj, wklej

Mam wrażenie, że zawartość każdego regionu była do bólu powtarzalna. Wykonaj 3-4 zadania fabularne, zdobądź wsparcie nowego władcy regionu, pokonaj zdrajcę, a potem zbieraj. Punkty synchronizacji, skarby, tajemnice, artefakty, anomalie, sprzęt, pojedynki, legendarne zwierzęta. W całej grze na każdym kroku było coś do zrobienia. Jakaś skrzynka do otworzenia, jakiś cel do wyeliminowania. W kolejnych aktualizacjach dochodziły jeszcze wyzwania, z których przejście części mogło zająć kilka godzin ciągłego powtarzania. Pojawiły się grobowce, które były przestrzennymi łamigłówkami. Potem doszły jeszcze darmowe i płatne dodatki. Isle of Skye, fabuła we Francji, Irlandii i w zaświatach w przededniu zagłady. Zawartości jest dużo i wszystko to sprawia w pewnym momencie, że jeśli nic cię do gry nie zmusza, po prostu ją zostawisz. Jedyne co mnie trzyma, to przeświadczenie o tym, że już zostało mi tak niewiele.
Zrobiliśmy, to musisz tego doświadczyć

Można też odnieść wrażenie, że zarówno zawartość gry, jak i osiągnięcia, były projektowane pod godziny rozgrywki. Jasne, uniknięto odnawiających się każdego dnia zadań dynamicznych, jednak wrzucono do gry masę opcjonalnej zawartości, a potem osiągnięciem kazano graczom zrobić dosłownie wszystko, co jest w grze do zrobienia. Są to najbardziej żmudne zadania, które nigdy nie powinny istnieć w tak obszernych grach. Nawet zdobycie 100% postępu w GTA zazwyczaj wiąże się z mniejszą ilością bezsensownego biegania. Z tego powodu tak przyjemnie się grało w Mirage. Była to gra kompaktowa, odpowiedniej długości i skupiająca się na bardziej zwięzłej historii, chociaż równie pokręconej i pełnej zdrady na każdym kroku. Fabuła w Valhalli gra drugie skrzypce. W dużej mierze nie ma żadnej konsekwencji i ma naprawdę marną motywacją. Eivor potężny wojownik lub potężna wojowniczka, de facto jarl klanu, jednoczy całą współczesną Anglię, żeby… Niczego nie uzyskać.
Królotwórca

Eivor, tak samo, jak Kasandra, w zasadzie nie jest Asasynem. Kasandra pięknie to określiła na Skye. Często mają wspólne cele. Eivor przede wszystkim jest wikingiem. Udaje się wraz z Sigurdem, gdy ten nie dostaje tronu, do Anglii, żeby pokazać jego ojcu, że młody też potrafi. Potem znika, żeby magicznie pojawić się pod koniec gry, pełen gniewu, któremu nie może dać upustu. W tym czasie Eivor nawiązuje nowe sojusze, części władców pozwala zachować władzę, część detronizuje. Jednocześnie rozwija swoją małą wioseczkę. Nigdy nie staje się ona niczym istotniejszym niż wioska najeźdźców. Wszystko po to, żeby zakończyć grę w bardzo dziwny i niezrozumiały sposób, zarówno w Animusie, jak i w rzeczywistości. Trochę miałem wrażenie, że moja Eivor była bohaterką, która wymordowała dosłownie wszystko i wszystkich po drodze do celu, a na samym końcu powiedziała, że koniec już rozlewu krwi, całej reszcie wybaczam. The End.
Koniec końców…

Ostatecznie jednak Assassin’s Creed Valhalla to fajna gra. Akurat niedawno trafiła do Game Passa, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w nią zagrać. Trzeba jednak pamiętać, że fabuła to jej najsłabsza część. Norwegia to dopiero przedsmak tego, co nas czeka, a z dodatków, to najciekawszym jest Wrath of the Druids, który zabiera nas do Irlandii. Jeśli natomiast nie chcesz zepsuć sobie rozgrywki, to odpuść wyzwania. Jedynym powodem do ich ukończenia są osiągnięcia. Wyzwania dopiero pokazują, jak wiele niedociągnięć w mechanice gra potrafi mieć, bo przez 8 godzin powtarzasz jedno wyzwanie, które wymaga od ciebie zrobienia wszystkiego perfekcyjnie. Jeśli jednak nadal masz ochotę na coś takiego, ale w kompaktowej odsłonie, to Mirage jest perfekcyjną grą, łączącą bardziej klasyczne podejście wczesnych gier ze współczesnymi mechanikami rozgrywki. No i jest Shadows. Najnowsza odsłona, ku niezadowoleniu większości graczy, jest podobno całkiem fajna.