Gra Recenzja

No ma dobre pomysły – recenzja Ravensword: Shadowlands

Coraz rzadziej gram i myślę sobie, że ta gra jest tak dobra, że trzeba o niej napisać. Ostatnio częściej mam zupełnie odwrotne uczucie. Ta gra jest tak zła, że trzeba o niej napisać. Dzisiaj na tapetę idzie Ravensword: Shadowlands od Crescent Moon Games i Ratalaika Games.

To znaczy… Działa

Ravensword: Shadowlands było jedną z pierwszych gier Crescent Moon Games. Wydali ją w 2012 roku, a później dali nam takie gry jak Reed: Remastered, Legend of the Skyfish, czy Ord. Nie chcę sprawdzać każdej gry, którą wyprodukowali, ale mam wrażenie, że ich przygoda z grami 3D tak szybko, jak się zaczęła, skończyła się. Korzystając z Unity, stworzyli grę, która spełnia wszystkie wymagania porządnego RPG, ale jednocześnie dzieli wiele wspólnych cech z grą pokroju Gothica. I nie mówię tutaj tylko o kiepskiej grafice. Nasz bohater, który zapewne jakieś imię ma, jest weteranem, który jako jedyny przetrwał oblężenie elfiej fortecy. Naszym zadaniem jest, w ciągu około 5 godzin, odbudować swoje siły, odzyskać sprzęt i zdobyć fortecę, ale tym razem bez armii. A na koniec czeka nas walka z demonem w zaświatach (tytułowe Shadowlands), bo czemu nie? Nie można powiedzieć, że gra nie działa, ale to czasami po prostu za mało.

Szczegóły się nie liczą…

Ravensword: Shadowlands, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X|S
Ravensword: Shadowlands to gra, która nie zachwyca grafiką, a rozgrywka wydaje się toporna już od samego początku. Z czasem niestety jest już tylko gorzej. Jest też łatwiej.

Wielokrotnie grając w Ravensword, miałem wrażenie, że gra nie powinna się pokazać na rynku w takiej formie. Nie dlatego, że jest zła, bo nie jest. Nic w niej nie odrzuca, ale ma tak wiele małych problemów, że efekt zaczyna się kumulować. Czy to drzwi, które są w połowie z ziemi, krzywe mury i budynki, czy schody, pod które nie da się podejść, geometria w grze to porażka. Widać to już w mieście Aven, w którym na wzgórzu są budynki. Idealnie dopasowały się do geometrii terenu, ale sprawiło to, że są pod przerażającym kątem. Często też znajdziemy w grze schody i rampy, pod które nie można podejść, bo są zbyt strome, albo stopnie są zbyt wysokie. W ogólnej ocenie pomijam już to, że atakując przeciwnika, może on wylądować na naszej głowie, bo postać atakując go, wepchnęła się na jego miejsce. Pod nosami deweloperów prześlizgnęła się masa prostych do naprawienia błędów.

Mechanika się nie liczy…

Ravensword: Shadowlands, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X|S
W grze można walczyć wręcz, z dystansu, ale magii nie uświadczymy. No, są w grze runy, ale ich przydatność ogranicza się do rozwiązywania prostych łamigłówek i usuwania przeszkód z drogi.

Niedociągnięcia są też w sferze rozgrywki i sterowania postacią. Atakowanie jest trudne, bo raz na jakiś czas nie trafiasz w przeciwnika. Jak trafisz, to zadajesz obrażenia o niesamowitej rozpiętości. Dla jednej z moich broni to było prawie 100 punktów obrażeń, gdy maksymalne obrażenia broni to 150. Ale to już mniejszy problem przy tym, że często przeciwnicy potrafią zrobić nam tzw. “stun lock”, gdzie przerywają nasze ataki, przewracają nas i wytrącają z równowagi tak często, że nie jesteśmy w stanie zaatakować i uciec. Dalej, umiejętności, które są w grze, nijak się mają rozgrywki, a raczej są przyćmiewane przez inne mechaniki. W grze należy jeść, a jeśli jesteśmy głodni, to regeneracja życia i energii spada. Fajnie, ale jest umiejętność podnosząca regenerację, która nie ma znaczenia, gdy jesteśmy najedzeni, bo wszystko regeneruje się tak szybko, a jak jesteśmy głodni tak wolno, że te procenty więcej regeneracji zupełnie tracą na znaczeniu.

To po co robić grę?

Ravensword: Shadowlands, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X|S
Cawrnosaur to zmora jednego z poziomów. Potwory często atakują w grupie i są jednymi z najsilniejszych w grze. Starcie z kilkoma z nich jednocześnie to pewna śmierć przez “stun lock”.

Ravensword: Shadowlands już od pierwszych chwil wydawało się grą łączącą w sobie ciekawe pomysły i mierną jakość wykonania. Nie umywa się do gier stworzonych przez jedną osobę pokroju Bright Memory i Pumpkin Jack, ale jednocześnie bije na głowę resztę podobnych gier. Masa świetnych pomysłów jest jednak przyćmiewana na każdym kroku przez niedopracowanie. Gdyby Ravensword było moją grą, to nigdy bym nie pozwolił jej wydać w takiej formie, bo wszystkie naprawy, których trzeba dokonać, na pewno nie będą wymagały wiele czasu. Wyprostowane budynki, lepszy system kolizji, czy uniemożliwienie przeciwnikom ciągłego ogłuszania gracza to elementy gry, które trzeba było poprawić. Niestety gra została wydana w dokładnie takiej wersji, jaka była dostępna w 2012 roku, więc całkiem kiepskiej. Nie wierzę, że deweloperzy byli zadowoleni ze swojego dzieła, ale w takim razie, po co w ogóle wydawać grę? Ravensword: Shadowlands to jest zdecydowanie interesująca gra, której nie można polecić nikomu.



Grano na Xboksie One

Ravensword: Shadowlands to gra, która miała być nieco inna niż to, co oferuje nam Ratalaika Games. Okazało się, że jest to jednak bezpośredni przeszczep gry z 2012 roku, którą można porównać do "mojej pierwszej gry 3D". Mechanika rozgrywki jest prosta, gra ma wiele błędów, ale deweloperzy mieli kilka dobrych pomysłów. Gra została dostarczona przez wydawcę na potrzebę tej recenzji.

5
Ravensword: Shadowlands:
5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.