Gra Recenzja

Dying Light 2 – Nie zadzieraj z wirusami

Premierę Dying Light 2 zupełnie przegapiłem. Nie pamiętam, czym się wtedy zajmowałem, ale zupełnie zapomniałem, że gra w ogóle ma się pojawić na rynku. Żałuję, bo od premiery gry minęło pół roku, a ja dopiero teraz dorwałem kopię gry w moje ręce. Dużo w niej biegania…

Słowem wstępu…

Niedawno napisałem kilka akapitów o tym, jakie są moje pierwsze wrażenia związane z Dying Light 2. Bazowały one na mniej więcej pierwszych 3 godzinach gry. Jesteśmy wtedy prowadzeni za rękę, żeby ogarnąć podstawy rozgrywki i dostać fabularne wprowadzenie do otwartego świata gry. Odczułem wtedy nieco rozczarowania, bo czułem, że gra powinna wyglądać nieco inaczej. Ja bym ją po prostu stworzył nieco inaczej. Wiąże się to z tym, że ostatnio grałem w sporo gier, których akcja dzieje się w otwartym świecie i sądzę, że Villedor wiele brakuje. Odsuwając jednak moje odczucia na bok, nabierając nieco dystansu, zaczynam czuć pewien poziom zachwytu grą. Nie jest idealna, ale jest klasą samą w sobie. Bieganie, dźwięk, rozwój postaci, każdy z tych aspektów wyznacza nową granicę. Fabuła meandruje, nie prowadząc nas prosto do celu. Zadania poboczne bywają ciekawe, a nawet podstawowi zarażeni są śmiertelni. Zacznijmy jednak od początku – fabuły. 

Pielgrzym – nowe wcielenie kurier

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
Villedor to ładne miejsce, przynajmniej w pierwszej części gry. Niskie budynki, płaskie dachy, nieco zieleni. Jest ładnie i fajnie się biega. Później jest tylko brzydziej i mniej przyjemnie.

Naszym bohaterem jest Aiden Caldwell. Na co dzień jest pielgrzymem. Są to swojego rodzaju kurierzy, którzy włócząc się, roznoszą wiadomości. Z uwagi na to, że nigdy nie osiadają w jednym miejscu, ludziom trudno jest im zaufać. Aidenowi nie pomaga fakt, że jego życie napędza poszukiwanie odpowiedzi na liczne pytania, spośród których najważniejszym jest lokalizacja jego siostry. Grę zaczynamy, mając nasz pierwszy trop, który prowadzi nas w okolice Villedor, które zostało odizolowane od reszty świata, jak zresztą większość miast, które w miarę trzymają się kupy. Na miejscu czeka nasz stary znajomy – Spike – który dzieli się z nami kilkoma informacjami i omawia kwestię nijakiego Waltza. Nasz stary oprawca ma być kluczem do znalezienia siostry. Niestety niedługo później Aiden zostaje ugryziony przez zarażonego i zaczyna się odliczanie do przemiany. Unikamy powieszenia, dostajemy lekarstwo i poznajemy Hakona, który będzie towarzyszył nam przez najbliższe godziny. Fabuła jest dłuuuuga, a winę ponosi główny wypełniacz czasu… 

Życie w biegu

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
Wraz ze zdobywaniem kolejnych umiejętności, łatwiej jest się nam przemieszczać. Aiden z czasem staje się zwinny na tyle, że nie musi się już zatrzymywać. Gadżety też w tym pomagają.

Bieganie samo w sobie nie jest trudne. Mamy tutaj tylko bieg, skok i własne wyczucie. Znacznie trudniejsze jest znajdowanie tras. Grając w Assassin’s Creed Origins, przyzwyczaiłem się, że nawet niepozorna ściana może być wypełniona wnękami na zręczne paluszki mordercy. Dying Light 2 to zupełnie inna bajka. Tutaj krawędź musi być krawędzią, a czasami nawet wyraźna krawędź nią nie jest. Chyba wynika to z racji tego, że nie powinienem tam być, ale… No mam eksplorować, czy nie? Z czasem wykupujemy umiejętności parkouru, które pozwalają nam zwinniej pokonywać przeszkody, biec sprintem, skakać dalej czy przecząc prawom fizyki, obracać się nagle w locie. Idealnym treningiem będą wyzwania parkour, które są zaskakująco trudne i nie pozwalają na najmniejszy błąd. Długie godziny gry pozwalają też przywyknąć do dość dziwnych ruchów postaci i opanować nam podstawową wiedzę z położenia nóg Aidena. Sprint i skoki z belki na belkę są najtrudniejszym ruchem w całej grze. 

Jestem chory, zaufajcie mi

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
Aiden jest chory, ale panuje nad swoja chorobą. Chyba, że nie panuje. Wtedy groźby przemocy zamieniają się w rozszarpane ciała.

Fabuła gry kręci się wokół postaci Waltza, który eksperymentował na dzieciach. Chciał stworzyć nadczłowieka. Aiden jest jednym z jego eksperymentów. Zwinny, szybki, odporny na chorobę. Siostra Aidena była kolejnym obiektem badań, a naszym zadaniem w grze jest ją znaleźć. Wiadomo to od samego początku, cel się nie zmienia, ale droga jest kręta i wyboista. Podczas godzin, które spędzimy, goniąc głównego złego, będziemy zdradzać, będziemy zdradzani, będziemy mordować i być mordowanym (tutaj bez sukcesu). Clou gry jednak leży w tym, że Aiden dość szybko zostaje zarażony wirusem. Dzięki temu może przebywać tylko minuty z dala od promieni UV. Przekłada to się na spore ograniczenie w poruszaniu się nocą i w zacienionych miejscach jak ruiny budynków. Wszyscy najbliżsi współpracownicy wiedzą, że Aiden jest nieco nieobliczalny, co dowiadujemy się podczas jego pierwszego wybuchu wirusowej agresji. Aiden jest niczym Volatile w ludzkiej postaci. Niestety jego moc zostaje uaktywniona tylko w konkretnych momentach fabularnych. 

Walka to ostateczność

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
Do broni możemy przyczepić sporo dodatków. Przydadzą się, bo ciężko znaleźć standardową broń, która pozwoli nam godnie walczyć.

Nie powiem, że walka w grze jest zrobiona na odczepnego, ale jest bardzo prosta. Nie mamy tutaj walki dyktowanej ruchami naszego ciała, czy nietypowych zagrywek. Walka rozgranicza się na walkę wręcz, dystansową i walkę w parkourze. Dystansowa jest najprostsza, bo mamy w grze łuki i kusze. Strzelają, zabijają. Mamy też strzały i bełty, które wywołują przeróżne efekty, co czasami się przydaje. W pewnym momencie mamy dostęp do automatycznej kuszy PK, która pozwala zabić każdego ludzkiego przeciwnika jednym strzałem. Magia! Walka wręcz to oczywiście używanie znalezionej broni do obrony i ataku. Maczety, rury, znaki drogowe. Bronie są jednoręczne i dwuręczne, sieczne i obuchowe. Do niemalże każdej broni jesteśmy w stanie dodać 3 modyfikacje jak obrażenia od żywiołów, czy po prostu zwiększenie zadawanych obrażeń. Są też talizmany, no bo jasne, że musiały być, choć tylko jeden czemukolwiek służy. Możemy stworzyć broń, która zadaje obrażenia od ognia i lodu jednocześnie. Bo czemu nie?!

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
W pewnym momencie gry, wszyscy bandyci zamieniają się w renegatów. Przyznaję, że w tym momencie gra staje się mniej przyjemna.

Walka w parkourze to już zupełnie inna bajka. Mamy tutaj nieco przemyślanych ruchów i całkiem przydatnych zagrywek. Możemy na przykład wgnieść głowę przeciwnika w ziemię, lądując bezpiecznie na jego plecach. Niestety nie jest to niczym zabójstwo z wysokości w niektórych grach Ubisoftu, gdzie ratuje nas to przed połamaniem dokładnie każdej kości ciała. Tutaj możemy być tak na około 5 metrów nad przeciwnikiem, żeby wykonać ten ruch. Jest też rozwalenie głowy przewróconemu przeciwnikowi, co przydaje się do torowania sobie drogi przez zombie. Chwyć, rzuć, przewróć, rozdepcz. Jest też kop z powietrza, który pośle w powietrze każdego przeciwnika, który stoi blisko krawędzi. Wystarczy być w powietrzu i wykonać kop. Nasze nogi magicznie się połączą, Aiden ruszy w kierunku przeciwnika z potężnym kopem. Ahh… Tylko, no fajnie to wygląda… Jednak walka w parkourze jest jeszcze mniej praktyczna niż sieczenie hordy zarażonych. To nie jest gra, w której najlepiej się zabija, chociaż… 

Niekończący się taniec z Waltzem

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
Nieważne, jaki mamy sprzęt i jakie umiejętności. Na co dzień latasz i wspinasz się na wieżowce, ale noża nie masz, żeby wbić głównemu złemu między żebra.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że deweloperzy przesadzają. Nie wiem, kto pracował nad ostatnimi misjami fabuły, ale nie mogę ich zrozumieć. Tyle tam zmieniania stron, tyle niepotrzebnego dialogu i tak dużo walki! W pewnym momencie musimy rozprawić się ze zdrajcą w jednej z misji, walczymy z nim. Nie żyje. Dzieje się fabuła, wstaje. Zabijamy go. Dzieje się fabuła, a on znowu wstaje. Same walki z Waltzem to śmieszna sprawa. Pierwsze dwa spotkania z nim to ratowanie własnego życia ucieczką. Potem walka fabularna, która nie pozwala nam wygrać. Potem znowu czekają nas trzy walki z Waltzem. Gdyby one chociaż oferowały jakąś fabułę, typu za każdym razem jak trafimy Waltza, to się ujawnia kolejny szczegół, który pozwoli nam zrozumieć jego działania. A tutaj nic. Walcz z facetem, którego nienawidzisz, potem zostaw w jego rękach jedyną rzecz, na której ci zależy i leć ratować świat. Gra ma wiele zakończeń, wybierajcie mądrze. 

Nie wierzyłem, gdy mówili, że jest źle

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
Spacerując nocami po statku Peacekeeperów możemy napotkać czarny ekran. Czarny ekran się nas nie boi, najwyraźniej jest oswojony.

Coś, co mnie dość mocno zaskoczyło, to stan techniczny gry. W momencie pisania recenzji spędziłem w niej 66 godzin. Dopiero po takim czasie widać, jak kiepsko wykonana jest gra. Zakażeni czasami nie reagują i stoją, czekając na śmierć. Na ekranie w niektórych miejscach pojawiają się czarne plamy. Woda niemalże całkowicie znika. Najpewniej są to problemy związane z Quick Resume, bo niewyłączanie gry przez kilka dni sprawiło, że problemy się nasiliły. Podczas misji fabularnych często trzeba minuty czekać, aż cel się zmieni, żeby można było gdzieś wejść, albo z kimś pogadać. No i są takie rzeczy, których nie powinno być. Gra lubi się po prostu wyłączyć (i to częściej niż Cyberpunk 2077 na Xboksie One), przez co tracimy nieco postępu. Gra online? Zapomnijcie, częściej wywali wam błąd, niż pozwoli dołączyć do gry. A to nie tak, że gra nie jest na rynku od pół roku i czeka na pierwszą dużą aktualizację. 

Życie po śmierci w Dying Light 2

Dying Light 2, recenzja, review, Xbox One, Xbox Series X
To nie światełko w tunelu, tylko błąd, który nie pozwolił mi zejść na niższe poziomy obserwatorium. Może to jednak być znak, że z kolejnymi aktualizacjami gra będzie lepsza.

Kończąc grę, mam wrażenie, że jestem wypalony. Zostało mi do odblokowania 6 osiągnięć, więc większość rzeczy w grze zrobiłem. Zacząłem nową grę, ale z jednej strony mi się nie chce już, a z drugiej wiem, że brakuje mi już względnie niewiele. Gra wymaga od nas przebiegnięcia 960 kilometrów, a ja po zakończeniu fabuły mam 270. Czy to tutaj leży to legendarne 500 godzin zawartości? Nie oszukujmy się, z setek obiecanych godzin, najwięcej i tak zajął Fallout 76 (349) Wiedźmin 3 (218). Ani Cyberpunk 2077, ani Dying Light 2 nie mają w sobie zawartości na 100 godzin rozgrywki. Czy to jest dobra gra? W gruncie rzeczy tak. Zapewnia godziny rozrywki i stosunkowo niewiele frustracji. Nie jest to gra idealna, nie jest genialna, nie chwycę za nią ponownie, gdy już ją skończę. Dying Light 2 to po prostu gra w którą można zagrać, jeśli interesuje cię klimat, ale nikomu jej nie polecę. 

Grano na Xboksie Series X

Dying Light 2 to obecnie wyznacznik tego, co jest w stanie zaoferować nam szybka gra, w której przeciwnikiem jest pech, zarażeni ludzie i zdrowi ludzie. Gra jest ładna, ale nie piękna. Gra jest fajna, ale brakuje jej tego czegoś. Gra zajmie wam dużo czasu, ale czy będziecie zadowoleni? Dużo tych "ale". Gra została dostarczona przez agencję PR.

7
Dying Light 2:
7

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.