Gry Recenzja

Teslagrad

Ogół społeczeństwa nienawidzi narratora. Jest to zagrywka, która ma za zadanie uświadomić nam kilka informacji i świecie i wydarzeniach albo o tym co się stało, gdy akurat nie spoglądaliśmy. To trochę jak zaczynanie historii od środka. I nie jest ważne, czy to się dzieje w grze, filmie, czy książce – nie jest to mile widziane. Oczywiście raz na jakiś czas zdarza się tytuł, który woła i woła o tego narratora, a jedyne co wydobywa się z głośników to pomruk deszczu uderzającego o dachówki.

Teslagrad zaczyna się dość przyjemnie. Mężczyzna biegnie z dzieckiem na rękach i przekazuje je kobiecie stojącej w drzwiach, a sam biegnie dalej. Mija sporo czasu, jacyś żołnierze przebiegają obok domu, który obserwujemy, a wszystko podkreśla ładna, bajkowa grafika. I byłoby idealnie, ale  nie wiemy o grze zupełnie nic. Po jakichś 20 minutach gry wklepałem w Wikipedii nazwę gry i szukałem sekcji „Plot” w artykule. Oczywiście zajmuje ona jakieś dwie linijki i mówi dokładnie to, czego mogłem się domyślić po wstępie do gry, ale nie mówi co i jak. Jedynym elementem pozwalającym nam poznać fabułę są zwoje, które może zebrać w grze. Jest ich 36 i są one podzielona na sekcje tematyczne w trójkach. Każda z nich pozwala poznać nam historię królestwa od jego założenia po dzień dzisiejszy, co nie mogło być długim czasem. Z nich możemy mniej więcej dowiedzieć się co i jak, bo oprócz obrazka i tytułu, to zwój nie zawiera innych informacji. Z grubsza historia jest dość standardowa – zły król, królestwo w ruinie, zemsta, odkupienie, koniec.

teslagrad_xboxone_screenshot_03

Jak już przebolejemy brak znaczącej fabuły to ukaże się nam dość ciekawa gra. Jest to platformówka, w której główną rolę gra magnetyzm. Nasza postać to mały chłopiec, który dostaje się do wieży… Nazwijmy ich magami… Którzy potrafią władać energią elektryczną za pomocą kilku przedmiotów, które z czasem będziemy gromadzić. Większość zagadek będzie więc skupiać się na zmianie biegunowości kawałków metalu, przeskakiwania przez pola elektryczne i precyzyjnego skakania z platformy na platformę, jeśli tylko chcemy zebrać zwoje. Owe zwoje nie są obowiązkowe do zebrania, co powoduje, że sami możemy moderować sobie trudność gry, ponieważ jeśli by pominąć wszystkie zwoje, to gra jest banalnie prosta. Zwoje są jednak poumieszczane często w miejscach stanowiących wyzwanie i indukujących frustrację, jak na przykład najtrudniejszy zwój do zdobycia o tytule „Opiekuńczy ojciec”.

teslagrad_xboxone_screenshot_07

Niesamowicie frustrujące bywają też walki z bossami. Chociaż może jest to złe określenie. Każdy boss ma określony zestaw ruchów, a my musimy wykombinować co jak wygląda, co po czym jest i jak sobie z tym radzić. Większość czasy następnie spędzamy na polepszaniu naszych umiejętności radzenia sobie z zagrożeniami. Bossów na szczęście nie jest dużo, ale są za to dobrze dopracowani – doskonale komunikują swoje ruchy, nie są niesprawiedliwi w swojej trudności, a pokonanie ich jest kwestią czasu i znalezienia sposobu.

teslagrad_xboxone_screenshot_11

Podsumowując, czy warto kupić Teslagrad? Zdecydowanie tak, może rozgrywce nie towarzyszy wciągająca historia, ale musze przyznać, że to i brak dialogów są jedynymi minusami gry. Grafika wygląda świetnie, chociaż gra jest miejscami zbyt ciemna. Udźwiękowienie jest cudowne, jeśli pominiemy brak dialogów, muzyka jest klimatyczna i piosenka lecąca podczas epilogu jest całkiem niezła, mimo tego, że jest śpiewana w najprawdopodobniej norweskim języku. To jest po prostu dobra platformówka – nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale z drugiej strony niczego nie robi źle.



Gra została udostępniona przez wydawcę - Snow Cannon Games

Recenzent grał przez około 8 godzin odblokowując wszystkie 40 osiągnięć dostępnych w grze, przy okazji dowiadując się, że zginął 455 razy

7.3
Dźwięk:
7
Grafika:
7
Rzogrywka:
8

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.