Opinia Wpis

PGA jest tak nieistotne, że szkoda pieniędzy na bilet

PGA 2018

Dwa lata temu byłem po raz pierwszy na PGA. Lata temu czytałem w prasie branżowej jaka to genialna impreza, jak cudownie jest tam przyjść i zobaczyć co wszyscy mają do zaprezentowania. Gdy w końcu poszedłem i zobaczyłem, zaniemówiłem. PGA to zdecydowanie wyjątkowe doznanie, ale czy to aby na pewno dobrze?

Śpieszę wytłumaczyć. Przede wszystkim zaniemówiłem, bo byłem zażenowany na wielu poziomach. O grach pisze od jakiegoś czasu, więc relacje z targów to nie jest dla mnie nowość. PGA to największa impreza dotycząca gier w Polsce. Nic jej nie przebije chyba jeszcze długo. Zjeżdża się cała Polska, żeby razem się bawić. Jednak dla mnie, osoby posiadającej pieniądze, mogącej sobie pozwolić na wyrwanie się z domu więcej niż raz w roku i nie rozumiejącej fenomenu streamowania gier, jest to po prostu zbiorowisko dzieciaków chcących potrzymać myszkę, która jest poza ich zasięgiem, zagrać w grę, którą mogą podziwiać jedynie na półkach, czy nastolatek śliniących się do streamerów. A to samo zaczyna się już przed MTP. Wejście „od tyłu” jest zawalone młodzieżą, która przyszła tutaj prosto ze szkoły, a za bramką jest już tylko gorzej.

Wchodząc nieco głębiej widzę pierwsze stanowisko, jest to sklep z grami. Raczej kiermasz. Do koszy powrzucane są losowe niesprzedane wcześniej gry w nieco niższych cenach niż na stronie, sprawdzałem. Zważywszy na to, że trzeba czekać w kolejce, żeby dostać się do środka, to zysk jest żaden. Dodatkowo facet pilnujący liczby osób znajdujących się w środku, co jest cudowne gdyż nie każdy chce zostać stratowany przez ludzi uważających, że trafili do raju cenowego, nie rozumie co to znaczy „jesteśmy razem” i moja grupa zostaje rozbita po raz pierwszy. PGA samemu to niesamowita nuda. Znalazłem jednak grę, która była w miarę nowa. Bodaj był to Battlefield 1. Cena? Sklepowa. Nie, dziękuję. Ale to nie było jedyne takie stoisko, to było największe. Widziałem jeszcze kilka sklepów, małe kioski oferujące gry po zawyżonych cenach, stoiska sprzedające „gamingowe” myszki. Generalnie sprzedawcy czekający na łosi, którzy nie wiedzą, że LED zamontowany pod obudową myszki nie oznacza, że ona jest lepsza od mojego wysłużonego bezprzewodowego Logitecha, który jakimś cudem nie chce zdechnąć od lat.

Dalej spotkałem koleżankę – Olę. Należy to docenić, bo była hostessa w obcisłym czerwonym kombinezonie, a ładna z niej dziewczyna, więc miło było z nią chwilę pogadać aż musiała wrócić do obowiązków. Trafiłem jednak na skarbnicę żenady. I szkoda mi to mówić, bo akurat trafiłem na stanowisko obsadzone przez Microsoft. Była tam możliwość zagrania w… kilka dem i Quantum Break. Chciałbym zauważyć, że Quantum Break było już dawno dostępne na rynku, a zarówno dema Forzy Horizon 3, jak i ówczesnej FIFY (chyba 18) były do pobrania na Xbox Live. Jedyną ciekawostką były zasłonięte kotarą stanowiska z Dead Rising 4, które to chyba nie miało jeszcze publicznego dema. Zabiłem kilka zombie i poszedłem dalej. Trafiłem na kilka zespołów indie, ale idąc alejką widziałem niedobitki zespołów deweloperskich pilnujących ludzi, bo zapewne niejedna osoba połasiłaby się na niepilnowanego iPada. Inne gry? Coś na Oculusa, demo Gear VR. Raczej nie porywało, ale należy ponownie docenić obsługę, która odkażała urządzenie po każdym użyciu.

Idąc dalej przechodziłem rzecz jasna do sali gdzie była arena streamingowa. Były jakieś spotkania z nieznanymi mi zupełnie jegomościami, do których ciągnęła jak mucha do lepu moja 14-letnia kuzynka. A niech idzie, ja zobaczę co ciekawego mają na komputerach do zaprezentowania. No i było to, czego się spodziewałem – Overwatch. Komputery podłączone do Internetu przy stojących stanowiskach, gdzie było tak niewygodnie, że walczyć było trzeba nie z przeciwnikami, a z klawiaturą o miejsce dla myszki. Tym niemniej zagrałem w Overwatch przez jakieś 2 minuty. I mógłbym powiedzieć, że to był koniec mojej wizyty na PGA, zupełnie nieobfitującej w doznania, ale wróciłem do okolic stanowiska z Gear VR i zobaczyłem, że Go Pro pokazuje swoje kamery i rozdaje koszulki. Kamer nie mogłem obejrzeć, bo tłum ludzi chciał koszulki, które oni rzucali z piętra czegoś, co wydawało mi się tirem.

Wyszedłem z targów, odetchnąłem zimnym powietrzem i miałem tylko jedną myśl – „wow”. Gdy siedziałem w tramwaju w drodze do mieszkania naszło mnie kilka dodatkowych przemyśleń związanych z demografią i specyfiką PGA. PGA jest bowiem tym, czego potrzebują gracze, imprezy gdzie osoba obok na pewno jest dziwniejsza od ciebie. Nie ważne czy to dziewczyna przebrana za postać z anime, czy przepocony nastolatek pokryty trądzikiem, który chce ją przytulić. PGA jest z tego powodu idealne. Dla mnie jednak, osoby którą stać na Quantub Break, Overwatch, czy mogę pobrać demo Forzy Horizon na mojego Xboksa, PGA jest zupełnie bez sensu. Nie zobaczymy tam nic nowego, nie zagramy w wartościowy tytuł wystarczająco długo, żeby móc coś więcej o nim powiedzieć. Nie znajdziemy też okazji w sklepach, bo ceny są albo równe cenom sklepowym, albo wręcz wyższe. A jaki jest sens jechania zatłoczoną komunikacją publiczną, płacenia za wejściówkę na targi, tylko po to, żeby móc się przejść mówiąc sobie pod nosem „to mam” i myśląc, że jakbym chciał do mógłbym zagrać za godzinę w dosłownie każdą z prezentowanych gier?

Doceniam jednak fenomen PGA. Jest to cudowna okazja do promocji nie tylko gier, ale i produktów niezwiązanych z grami, jak na przykład napoje energetyczne (głównie TIGER GAMER). PGA to kolejna impreza w kalendarzu MTP, chociaż należy do tych mniej wartościowych. Znacznie ciekawsze są pokazy branżowe, jak na przykład targi łowieckie Knieje, gdzie faktycznie można znaleźć produkty raczej niedostępne w obrocie, ale to też są głównie bronie czy akcesoria myśliwskie. Microsoft może Xboksa pokazać wszędzie. Beretta raczej nie pokaże swojej najnowszej strzelby w MediaMarkt. Z punktu widzenia gracza PGA nie ma sensu. Lepiej już pojechać na Gamescom, który jest stosunkowo blisko, a rangą jest obecnie najważniejszą imprezą związaną z grami na świecie. Jeśli E3 i Pax będą dalej szły swoimi ścieżkami, to PGA może je nawet pobić, może nie rozmiarem, ale dostępnością i świeżością gier. Ale to przecież nie o to chodzi. PGA musiałoby zadbać o wizerunek, dać powód do rozgłosu. Niech CDP Red Pokaże swoją najnowszą grę na PGA. Niech CI Games puści trailer nowego Snipera na głównym ekranie. Niech liczne polskie studia pokażą cokolwiek nowego na targach. Może ściągnijmy kraje bałtyckie, Grupę Wyszehradzką, Ukrainę. Może czas zrobić z PGA imprezę rangi co najmniej europejskiej, bo nie byłoby trudno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.