Gry Opinia

Max: the Curse of Brotherhood – z komórki na konsole

the Curse of Brotherhood

Po raz pierwszy zagrałem w grę, której bohaterem jest Max w 2014 roku. Było to ponad 4 lata po premierze pierwszej gry – Max & The Magic Marker – która ukazała się na komórki i PC. Była to ich pierwsza gra, która stała się katalizatorem to bycia zakupionym przez Microsoft i spółka stała się częścią rodziny Microsoft Game Studios.

Czy był to dobry ruch? Sam nie wiem, w końcu studio zostało zamknięte w 2016 roku. W pracowaniu nad pomniejszymi tytułami byli naprawdę dobrzy. Żadna z ich gier nie była ambitna. Ani Max & the Magic Marker, ani Max: the Curse of Brotherhood, ani Tentacles: Enter the Dolphin, ani Tentacles: Enter the Mind, ani Kalimba nie były duże i genialne. Były to natomiast gry bardzo przyjemne, z którymi dało się spędzić przyjemne godziny. Teraz chcę skupić się na tylko jednej dwugrowej serii, której pierwsza część była dla mnie jednym z pierwszych zakupów, który wykonałem na urządzeniu mobilnym, a druga była pierwszą grą, którą dostałem do recenzji od dużego wydawcy.

Max

Po zagraniu w Sam & the Magic Marker byłem pozytywnie zaskoczony grą. Bazowała ona na bardzo fajnym modelu rozgrywki, gdzie dawano nam pewną ilość tuszu do wykorzystania w markerze i musieliśmy pokonać poziomy. W grze było trzeba trochę myśleć, trochę planować, i pamietać, że możemy popełnić błąd, który zmarnuje nam nieco tuszu. Kilka razy nie pozwoliło mi to ukończyć poziomu. Poza samym wyzwaniem z ukończeniem go, mamy możliwość pobicia określonego czasu, co bywa wymagające, a także zebrania kilku dodatkowych przedmiotów, co zapełni naszą kolekcję. Z historii moich telefonów można zauważyć, że Nokia Lumia 800, na której grałem w tę grę była moim 3 smartfonem, ale pierwszym, na którym kupiłem jakąkolwiek aplikację, a też mało było ambitnych gier na Androida, gdy bawiłem się moim ZTE. A iPhone? Cóż, iPhone’a prawie w Polsce nie było, o sklepie nie wspominając, bo wymagał on płatności w Euro i podania numeru karty kredytowej nawet do „zakupu” darmowych aplikacji.

Max

Jakiś czas potem, w 2013 roku, poszła plota o kolejnej grze z serii, a ta okazała się być tytułem na wszystkie platformy Microsoftu – Xboksa One, Xboksa 360, i Windowsa. Nie miała to być gra wysokobudżetowa, lecz tytuł, który zapełni katalog gier dostępnych na nowej konsoli Microsoftu. Muszę przyznać, że był zaskakująco udany. Nieco zmieniono sposób rozgrywki, znacznie popracowano nad grafiką i generalnie dodano pewną historyjkę związaną z braterstwem, która napędza całą rozgrywkę. Muszę przyznać, że mimo bycia całkiem prostą, to gra jest sporym krokiem naprzód, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystko, co Duńczycy zrobili wcześniej. Gra utorowała drogę dla przyszłego projektu Knoxville, który podobno podobał się ludziom, którzy mieli możliwość grania we wczesną wersję tego niedoszłego arcydzieła.

W każdym razie, pomówmy nieco o Maksie i jego przygodach. Motywem przewodni nadal jest magiczny marker, różnicą jest to, że w poprzedniej wersji gry mogliśmy rysować palcem po ekranie, a tutaj możemy rysować tylko w miejscach, w których deweloper nam pozwoli. Ujmę to tak: w Max & the Magic Marker jeśli stanęliśmy przed schodami, to mogliśmy zrobić rampę i po niej wejść, zamiast się wspinać. W Max: the Curse of Brotherhood sami musimy zrobić schody w miejscach, w których twórcy gry postawili pola, z których może wyrosnąć ziemny filar, dodatkowo ograniczyli wysokość każdego z nich, żeby nie przesadzić z wysokością. Nie świadczy to o tym słynnym upraszczaniu gier dla lepszego przyjęcia przez ogólną publikę, a o zmianie podejścia. Każda gra jest trudna na swój sposób. Pierwsza, bo daje nam całkowitą wolność, a jedynym ograniczeniem jest ilość tuszu i nasza pomysłowość. Sprawiło to kilka razy, że wybrnąłem z sytuacji inaczej niż wyobrazili sobie to twórcy gry. Druga, bo mamy ograniczoną ilość puzzli i trudność bazuje bardziej na wykombinowaniu jak i użyć i w którym momencie skoczyć, żeby przeżyć.

Max

Max się rozrósł, wydoroślał, z prostej gry na komórki stał się całkiem niezłą platformówką. Może nie była zbyt długa, dobre 3-4 godziny starczą na jej ukończenie, ale graficznie i pod względem wykonania można ją ocenić bardzo wysoko. Szkoda, naprawdę szkoda, że nie sprzedała milionów, bo może to by uratowało Press Play przed zamknięciem. Na szczęście Duńczycy założyli po zamknięciu nowe studio – Flashbulb Games – i pracują teraz nad grą Trailmakers, która ukaże się w 2018 roku na PC, Xboksie One i PlayStation 4. A co z Maksem? Zapewne nic, zostanie włożony do kartonu, zarchiwizowany i zapomniany gdzieś w podziemiach kampusu Microsoftu, nieco szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.