Gry Recenzja

101 Ways to Die

Znalazłem idealną grę dla każdego fana dwóch kultowych gier – The Sims od Maxis i Lemmings od DMA Design. Pamiętacie te długie artykuły traktujące o sposobach w jakie można zamordować biedne simy? Pamiętacie o bezmyślnych Lemmingach, którzy szli na złamanie karku i naszym zadaniem było ich ratować? Wyobraźcie sobie, że łączycie ze sobą kreatywne mordowanie i stwory, które prą przed siebie. Oto 101 Ways to Die.

101 Ways to Die to niezależna gra wyprodukowana przez Four Door Lemon i wydana przez Vision Games Publishing. Dzięki uprzejmości wydawcy i twórcy gry mogliśmy zagrać w wersję na Xboxa One (gra dostępna jest także na PlayStation 4 i PC) i muszę przyznać, że jedyne problemy, które mam z grą są techniczne. Może więc zacznijmy od nich, ponieważ to będzie krótki rant o tym, czego nie ma. Nowe konsole są dostosowane do ekranów HD. Ja, jako biedny polski student, mam telewizor LG, który jest wiekową 26-calową konstrukcją. Był jednym z pierwszych telewizorów HD dostępnych w Polsce, oczywiści teraz jest dymiącą kupą gówna o nieproporcjonalnych wymiarach. Sprawia to, że każda gra ucina mi po kilka cm ekranu z każdej strony. Większość gier pozwala ustawić bezpieczną strefę, co mnie ratuje, ale tutaj nie ma takiej opcji! W zasadzie jedynymi opcjami w menu opcji jest kontrolowanie głośności muzyki i efektów specjalnych i to w 4-stopniowej skali, żenada.

101WTD_10

Jak jednak przeboleję fakt, że z opcji menu „Retry” i „Resume” widzę tylko „R…”, to mogę się zagłębić w dość ciekawe doświadczenie. 101 Ways to Die to tytuł gdzieś ze skrzyżowania Lemmingów, Simsów i wszystkich gier bazujących na mechanikach reakcji łańcuchowych tworzących niesamowite comba i nowe sposoby torturowania potworków znanych jako Splatty. Celem gry jest zabicie bezmózgich minionków na 101 zmyślnych sposobów i odtworzenie swoistej księgi przepisów na zgon. Pierwsze kilka poziomów gry jest samouczkiem, który ma za zadanie pokazać nam jak w tytuł się gra, po czym zaczyna wrzucać nas do coraz to bardziej zmyślnych poziomów powoli wprowadzając kolejne gadżety. Działa to na Meatboyowej metodyce wprowadzania elementu i uczenia nas o nim metodą prób i błędów. Podczas gdy w jednym z pierwszych poziomów pojawia się dmuchawa, a my dostajemy opcjonalne zadanie zrobienia z nią combo, to naturalnie próbujemy i przekonujemy się jak ona działa. Jest to dobry sposób wprowadzania kolejnych elementów rozgrywki nie wrzucając nas w tutorial, jak to cały czas próbuje robić Magic Duels: Origins.

101WTD_04

Graficznie gra nie powala, ale nie musi. Nie jest to tytuł nastawiony na grafikę zahaczającą o uncanny valley, ma ona być po prostu przyjemna i taka jest. Co prawda można by było się nieco bardziej postarać i nieco wszystko nabłyszczyć, ale w końcu gra jest na silniku-samoróbce, a nie Unreal Engine, a szkoda, bo na pewno by wyglądała bosko z użyciem epickiego silnika. Oprawa dźwiękowa też nie powala, chociaż i tutaj można znaleźć usprawiedliwienie w dość prostym modelu rozgrywki, który nie wymaga zbyt wielu kreatywnych sposobów wykorzystania sound designu. Uważam jednak, że przydałby się dubbing dialogów i samouczka, najlepiej w brytyjskim, albo niemieckim akcencie – jak na naukowca badającego mordowanie przystało.

101WTD_06

Ogólnie rzecz biorąc 101 Ways to Die to gra pobudzająca tą złą część naszej kreatywności i sprawiająca, że odkrywamy swoje mordercze umiejętości kroczek po kroczku, gdy wynajdujemy kolejne ze 101 sposobów na zakończenie żywota Splattów. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych niezależnych marcowych tytułów, w które miałem przyjemność zagrać.



Gra dostarczona przez wydawcę.

Recenzent spędził 4 godziny mordując niewinne mięso armatnie i przypieczętowując rozlaną krwią 19 osiągnięć.

7
Dźwięk:
6
Grafika:
6.5
Rozgrywka:
8.5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.